Wśród medialnej burzy wokół zniknięcia pana Ziobro, afer z działkami pod CPK i wniosków azylowych składanych przez poszukiwanych przestępców, pojawił się temat ważny dla samorządu i nas, „szarych” wyborców. Mowa o dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Zasada ta została wprowadzona z inicjatywy PiS ustawą z 11 stycznia 2018 r., która zmieniła przepisy dotyczące wyborów samorządowych.
Zgodnie z nią włodarze mogą pełnić swoje funkcje maksymalnie przez dwie pięcioletnie kadencje. W praktyce oznacza to, że wielu z nich zakończy swoje rządy w 2029 r.
Opinie w tej sprawie są podzielone. Związki samorządowe oraz PSL domagają się zniesienia tego ograniczenia, natomiast PiS i Razem zdecydowanie go bronią. W pozostałych ugrupowaniach politycznych stanowiska są zróżnicowane — parlament jest więc, jak to u nas bywa, „za, a nawet przeciw”.
Jeżeli przyjrzymy się argumentom obu stron, znajdziemy w nich sporo racjonalnych przesłanek, troski o demokrację, obywatelską samorządność i brak deklarowanej prywaty. Czasem jest to nawet szczere. Nie ma jednak powodu, by toczyć o tę kwestię wojnę totalną. W końcu to my, wyborcy, podejmujemy decyzję przy urnach, a osoby, których bierne prawo wyborcze zostało ograniczone, nadal mogą działać społecznie na wiele innych sposobów. Wójt, burmistrz czy prezydent miasta to funkcja publiczna, nie zawód. Ostateczna decyzja należy do parlamentu i Prezydenta RP.
Osobiście bliższa jest mi zasada kadencyjności — to jeden z fundamentów demokratycznych mechanizmów znanych już w czasach antycznych. Władza bez granic czasowych to domena monarchii albo dyktatury. Jestem przekonany, że większość samorządowców to ludzie uczciwi, pracujący dla wspólnego dobra. Bywają jednak przypadki powstawania lokalnych „układów zamkniętych”, w których dobro wspólne bywa rozumiane jako dobro własne.
Kadencyjność może takie układy przełamywać, nawet jeśli społeczność lokalna przyzwyczaiła się do danego włodarza.
Długoletnie sprawowanie władzy rodzi też ryzyko znużenia, rutyny i braku świeżości — czego wyborcy mogą nie zauważyć, bo przywykli. W takich sytuacjach ograniczenie kadencji jest zdrowym rozwiązaniem.
A jeśli zrezygnujemy z kadencyjności? Czy doczekamy się „wiecznych włodarzy”, a potem może i lokalnego dziedziczenia stanowisk czy immunitetów? Oby nie.
Cezary Żurawski


Są książki, które próbują objaśnić geopolitykę. „Odessanie” Anety Wybieralskiej i Janka Sanockiego robią coś trochę innego: zamiast zaczynać od map, sojuszy i interesów wielkich państw, pozwalają najpierw wejść do miasta i pobyć w nim przez chwilę.
Opracowanie „O racji stanu. Ignacy Daszyński 1866-1936” powstało w Roku Daszyńskiego ogłoszonym przez Sejm RP z okazji 90 rocznicy śmierci wybitnego socjalisty i jednego z twórców niepodległości Polski w 1918 roku.
W czerwcu, w warszawskim Klubie Księgarza na Rynku Starego Miasta miała miejsce promocja książki prof. Zdzisławy Janowskiej „Dobro wspólne a rzeczywistość polska. Patologia rządzenia”. Książka ta została napisana w oparciu o własne badania Uczonej, o dokumenty i obserwacje uczestniczące. Autorką jest uczoną i zarazem politykiem.






Książka „Przegląd Socjalistyczny: Almanach 2004 – 2024” jest zbiorem wybranych artykułów, które ukazały się w okresie ostatnich 20 lat na łamach kwartalnika. Stanowią one niewielką, ale ważną cześć dorobku pisma. Jest to zbiór 60 artykułów: esejów, materiałów publicystycznych, felietonów napisanych przez 42 wybitnych autorów.
